Uśmiechnęłam się ciepło do mojego nowego znajomego nieco zakłopotana tym naskokiem ze strony swojego brata. W życiu bym nie powiedziała, że się spotkamy.
- Poproszę Cappucico.
- Dobra zajmij miejsce, a ja złożę zamówienie. Coś do kawy?
- Dziękuję.
Skiwnął głową i stanął w kolejce a ja zajęłam miejsce przy stoliku obok okna. Stał odwrócony dlatego całkowicie bezkarnie mu się przyglądałam. Był bardzo miły, mało kto po takim incydencie zainteresowałby się w ogóle losem ofiary, a tym bardziej zapraszał na kawę. A poza tym trzeba chłopakowi przyznać...jest nieziemsko przystojny. Szczerze mówiąc mogłabym codziennie wpadać na drzwi tamtego salonu. Pokręciłam głową z głupim uśmieszkiem na twarzy, dopiero po chwili zdając sobie sprawę, iż mój towarzysz ponownie pojawił się obok mnie. Na moich polikach ukazał się dorodny rumieniec, a chłopak uniósł brew.
- Dam grosz za twoje myśli. - zaśmiał się.
- Hmm?
- Jestem straszliwie ciekaw co tak zajęło twoją główkę, że nawet niezauważyłaś jak tu podszedłem. - postawił zamówienie. - Prosze. Nie mówiłaś czy słodzisz więc przyniosłem też cukier. Przygryzłam wargę i cicho zachichotałam.
- Podziwiałam widoki. - wymamrotałam po czym obszernym ruchem ręki wskazałam na wystrój kawiarni. - A z tym słodzeniem to różnie.
- Faktycznie. Krajobraz tu nieziemski. - przewrócił oczyma i zasiadł naprzeciw mnie.- Przyjechałaś odwiedzić brata?
- Uhm... Nie zupełnie. Od kilku dni jestem w Londynie. Nie miałam jednak sposobności by się z nim skontaktować. - westchnęła ciężko - jeszcze raz przepraszam. Jest strażliwie nerwowy i nadopiekuńczy.
- Nie ma sprawy. - zapewnił. - Sprowadzasz się tu na stałe?
- Tak sądzę. A mogę zapytać cię o tą dziewczynę? Spojrzenie Lionell'a było takie... o matko inne. Nie jest mu obojętna.
Siedzieliśmy i gadaliśmy, a czas leciał nieubłaganie. Wiele śmiechu zapewniło nam kiedy chłopak kazał powtórzyć mi jakieś dziwne słowa w polskim języku. Normalnie szło język połamać! Niesamowite było to, że rozmowa kleiła nam się tak bezproblemowo. Tu w Londynie miałam czystą kartę tak jak i Lion. W duchu błagałam aby nic tego nie zmieniło.
Wyszliśmy z kawiarenki oraz wspólnie postanowiliśmy wybrać się jeszcze na krótki spacer.
- Jesteście totalnymi przeciwięstwami. - zagadnął, a ja od razu wiedziałam, że chodzi mu o mojego brata. - Zarówno charakter jak i wygląd.
- Zgadza się. Mamy inne matki, a tego samego ojca.
- Trochę słabo. Ale masz z bratem dobry kontakt.
- Tyle o ile. Nie rozumie, że można go kochać. - wyruszyłam ramionami dając mu do zrozumienia, że wolałabym skończyć wywód w tym temacie co chłopak doskonale zrozumiał. Xavier oprowadził mnie po okolicznych zabytkach i ciekawych miejscach za co byłam mu bardzo wdzięczna. Zaczęło się z lekka ściemniać a ja ostatecznie nie miałam pojęcia gdzie się znajdujemy.
- Chyba będę musiała się powoli zbierać.
- Zachód słońca wygląda tu naprawdę nieziemsko.
O nie. Nie ma mowy. Nie cierpię ciemności. Po plecach przebiegł mi nieprzyjemny dreszcz. Rozejrzałam się w popłochu szukając jakiejś sensownej wymówki.
- Mój kot. Tak kot...yhm...jest już pewnie głodny... - wydukałam starając się brzmieć jak najpoważniej. Damon zmróżył oczy i badawczo mi się przyjrzał. Wiedział, że kłamałam ale ja nie byłam pewna jak to odebrał.
- Wszystko w porządku?
- Niezupełnie to znaczy...w jak najlepszym.
- Lucy... O co chodzi?
- Po prostu nie bardzo wiem jak trafić do domu
- Gdzie mieszkasz?
-Narazie w jakimś motelu, bo nie udało mi się znaleźć niczego innego.- zdenerwowana przeczesałam palcami włosy.
- Dobra, nie wiem co się z Tobą dzieje ale skoro nie chcesz zostawać to nie będę cie zmuszał. Odprowadze cię pod salon.
No i tak szliśmy w milczeniu. Pojawił się miedzy nami ogromny mur. Może powinnam mu powiedzieć? Każdy ma przecież jakieś lęki, nie?
Kiedy znaleźliśmy się na miejscu spojrzałam na chłopaka ze skruszoną miną.
- Przepraszam.
- Daj spokój - mruknął i machnął ręką. - Leć już. Kot jest głodny
Nagle odniosłam wrażenie, że wszystko się posypało i to z mojej winy. Nie znałam tu nikogo, byłam tu straszliwie krótko, a już wszystko się psuło przez moją powaloną przeszłość, która była niczym kula u nogi.
- Ja się po prostu boję. - wyszeptałam i nie wiele myśląc ruszyłam biegiem w stronę motelu.
Wpadłam do pokoju i rzuciłam sie na łóżko. Damon ma mnie teraz pewnie za powaloną dziunie. A ja nic nie poradzę, że są rzeczy silniejsze ode mnie. W głębi duszy wiedziałam, że i tak jest już lepiej. Jeszcze jakiś czas temu ucieklabym od niego nim zaproponował obejrzenie zachodu słońca.
Brawo Lu jesteś kurcze mistrzynią... Nie masz nawet z nim kontaktu. Tsaa... O ile on by chociaż chciał go utrzymać.
- Powiedz mi Luna. Co ja mam u licha teraz zrobić?- zwróciłam się do mruczącej na moich kolanach kulki.
Damon? ;3 no trochę Ava się spłoszyła xd nie wiem jak długosciowo wygląda bo pisałam na fonie ;(
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz