wtorek, 5 stycznia 2016

Od Kody CD Kai'a

Czuję dziwne ciepło tuż obok mnie i delikatny dotyk na plecach, który przesunął się od karku wzdłuż kręgosłupa do odcinka lędźwiowego. Przeszywa mnie przyjemny dreszcz, a na twarzy zastyga lekki, dziecięcy uśmiech. Moje serduszko stuka w rytm tykania zegara, spokojnie, rytmicznie. Wtulam się mocniej w nieznane źródło ciepła, lecz ku mojemu zawodowi ów miły obiekt porusza się gwałtownie i odsuwa się, nie zwracając uwagi na moje łapczywe pragnienie ciepełka.
Mija kilka minut, a może godzin? Lat? Tutaj się nie liczy czasu. Przyjemny, głęboki i melodyjny głos budzi mnie ze stanu odrętwienia. Lekko zdezorientowany otwieram oczy, lecz, że jako jestem ślepy jak kret bez okularów, niewiele mogę dostrzec, jedynie różnobarwne plamy zlewające się w niewyraźnie kształty. Obiegam oczami dookoła, jednakże rozpoznaję tylko kolory, a tego typu odcienie nie występują w mojej sypialni. Raczej nie powinna przebywać w niej także obca albo znana mi sylwetka mężczyzny, jak wnioskuję po obszernym rozstawieniu barków oraz płaskiej klatce piersiowej.
- Co ja tutaj robię? - pytam nieświadomy czynności wykonanych podczas snu, czując jak wstyd ogarnia moje zmysły.
- Chyba lunatykowałeś, no i przyszedłeś tutaj - mówi. - Ale nic nie szkodzi, każdemu się zdarza.
Kiwam głową na znak zrozumienia, po czym prędko zsuwam się z łóżka, chcąc zniknąć z pokoju, nim Kai dostrzeże ten okropny rumieniec powstały na wskutek speszenia. Szybko chwytam za okulary i wsuwam je na nos, a następnie w szalonej prędkości znikam za progiem i biegnę szybko do łazienki, zauważywszy wcześniej kątem oka która jest godzina. Jak zwykle myję się, opanowuję lekko rozczochrane włosy i przypomniawszy sobie, że nie zabrałem ubrania z mojej sypialni, bez koszulki biegnę do pokoju. Tam przebieram się w białą koszulę, którą wciągam w jeansy. Przewiązuję kołnierz krawatem i narzucam szarą marynarkę, zapinam dwa dolne guziki i ruszam ku sypialni Kai'a. Zaglądam, chcąc się zapytać czy będzie jadł śniadanie, lecz widząc, że śpi sobie jeszcze, podchodzę cicho, po czym okrywam go kołdrą. Delikatnie uśmiecham się do siebie, stwierdzając, iż wygląda on niezwykle słodko podczas snu. I wtedy powrócił niezwykły wstyd za dzisiejsze lunatykowanie. Postrząsam głową. Prędko wychodzę z pokoju, a potem z mieszkania. Kieruję się do liceum, w którym nauczam.

~*~

Przekraczam próg domu dopiero koło godziny czternastej. Mój plan kończy się po dwunastej, jednak papierkowa robota przytrzymała mnie dłużej, stąd to spore spóźnienie. Zdejmuję buty i idę w stronę sypialni siostry. Kai jeszcze spokojnie sobie spał na łóżku, nie trudząc się nawet o otworzenie powieki. Taki to ma dobrze, nie musi pracować, wstawać wcześnie rano, codziennie użerać się z licznymi problemami i w dodatku jeszcze łączyć z tym wszystkim naukę, ale nie ma co narzekać. Niektórzy ludzie marzą o moim życiu, bo chociażby nikt nie chce ich zatrudnić.
Śmieję się z mężczyzny, wciąż patrząc na jego zaspaną twarz. Dopiero teraz naprawdę przyjrzałem się jego buźce. Całkiem mocno zarysowany wyraz, szczupłe policzki z lekko wysuniętymi kośćmi policzkowymi, mocna szczęka oraz pełne, delikatnie wydęte, kuszące usta. Kai jest niezwykle przystojny.
Ni stąd, ni zowąd budzi się i lekko zdezorientowany podchodzi do mnie. Kładzie jedną rękę na moim barku, ale i tak po chwili ją zabiera, zaś ja nagle łapię go za skrawek koszuli, chcąc przypomnieć, że wciąż jest w moich ubraniach, jednakże przerwał mi dzwonek do drzwi, który wywołał niespodziewaną rywalizację między nami. Obydwoje pragnęliśmy popisać się niezwykłym refleksem oraz sławną szybkością czy zwinnością. Wymieniwszy zadziorne, pełne chęci pokonania przeciwnika spojrzenia, w tym samym czasie skaczemy ku schodom, a potem gnamy prosto do drzwi. Cóż, remis. Kai ustępuje mi miejsca i kiwnąwszy delikatnie głową, ciągnę za klamkę i zamieram, widząc w drzwiach wysokiego, naprawdę wysokiego, metr dziewięćdziesiąt dwa, mężczyznę o przenikającym zielonym spojrzeniu i ciemnych, hebanowych włosach, to mój były, który chamsko oraz bez honoru zdradził mnie, wykorzystując przy okazji Doriana, mego brata. Ale ch.olera? Co ten idiota tutaj robi? Nie wyprowadził się przypadkiem do Kanady? I co za teatry mi tu odstawia? Zerwałem z nim bardzo dawno temu, więc czemu nazywa mnie swoim kochaniem? O nie, nie, nie, mój drogi, jak mi tu wtargniesz to cię wywalę oknem.
Nie zdążam zareagować i nim cokolwiek załapuję, mężczyzna zawiesza się na mojej szyi, prawie mnie wywracając. Cudem zachowuję równowagę, po czym natychmiastowo odpycham gościa od siebie. Zawsze był niewyobrażalnie nachalny, a jego dotyk sprawiał, że moja skóra automatycznie zamarzała. Jego dłonie nie potrafiły czule głaskać. Ten mężczyzna był jednym z największych błędów, jakie popełniłem w tym krótkim życiu, zrobiłbym wszystko, aby wymazać wspomnienia o nim. Nerwowo spoglądam to na zielonookiego, to na brązowookiego. Stoję jak ten głupek, który zapomniał języka w gardle, ba! Nawet mówić nie umie. Przełykam głośno ślinę i dopiero wtedy odzywam się:
- Kai, to jest... - zawieszam się, jak gdybym bał się to wyrzucić na zewnątrz ust - ...m-mój eks - dukam - Atrey Arundell - wymawiam godność mężczyzny, paranoicznie unikając kontaktu wzrokowego z piwnookim - Atrey, to mój kolega, Kai Owson - mówiąc to, nerwowo poprawiam okulary, które wcale nie spadły mi na nos. Był to charakterystyczny odruch zdradzający strach oraz niepewność.
- Miło mi cię poznać, Kai, dziękuję, że zaopiekowałeś się moim Kodą, byłem zmuszony wyjechać - uśmiechnął się szeroko. Objął mnie ramieniem.
- Nie jestem "twój", nie należę do nikogo - warczę, zrzucając jego zimną rękę z karku. Odsuwam się od niego jak oparzony i spoglądam na czarnowłosego znad oprawek okularów, marszcząc brwi.
- To ja lepiej pójdę - rzecze sucho brązowooki, po czym prędko opuszcza pomieszczenie, nie zwracając uwagi na moje nawoływanie go. Przeraził go fakt, że jestem w jakiejś części gejem? Przeklinam na siebie w myślach za tą paskudną, nieprzychylną dla nikogo sytuację. Stoję nieruchomo pod drzwiami, gdy nagle czuję zimną dłoń na moim nadgarstku. Atrey silnym pociągnięciem odwraca mnie przodem do siebie i łapie w talii, przysuwając bliżej.
- Puszczaj mnie, Atrey! - drę się, jednakże on jest znacznie silniejszy ode mnie, więc wystarcza tylko, że zacisnął mocniej paznokcie na nadgarstku i zaczynam skomleć jak mały szczeniaczek. Atrey bez ogródek przycisnął swoje usta do mojej szyi, zaczynając podgryzać delikatną jak na mężczyznę skórę. Drugą, również lodowatą i niebezpieczną rękę wsunął pod białą jak śnieg koszulę. To już przegięcie. - Ch.olera! Puszczaj! Puszczaj, idioto! - krzyczę, korzystam z jego chwilowego zajęcia i wyszarpuję dłoń z uścisku. Biegnę jak spłoszona gazela, która zobaczyła lwa. Kieruję się do salonu. Rano otworzyłem okno, więc może uda mi się uciec. To w końcu tylko parter. Jednakże nim łapię ramę okna, Atrey chwyta za mój szary krawat, który pod wpływem nacisku zacisnął się na mojej szyi. Histerycznie przerażony łapię za kołnierz, chcąc go rozluźnić, jednak wiem, że w tej chwili jestem zdany tylko i wyłącznie na zielonookiego. On nie puści, zdaje sobie sprawę, że wystarczy mną potrząsnąć, abym stał się posłusznym pieskiem. Oczywiście jak zwykle jego teoria się potwierdziła. Po kilku sekundach szarżowania, ustaję w miejscu, trzymając jedynie za mocno zawiązany krawat, który zaraz się rozluźnia, a Atrey obejmuje mnie w pasie. Natychmiastowo ściągam tą wnerwiającą smycz i odpycham mężczyznę.
- Odczep się ode mnie. Mam cię dosyć, zerwaliśmy. Idź poszukaj sobie kogoś innego, a moją rodzinę oraz mnie zostaw w świętym spokoju! Spadaj! - warczę wściekły, wycofując się z pokoju. Mimowolnie ruszam tyłem przez korytarz, aby wciąż mieć w zasięgu wzroku czarnowłosego, którego przeklinam za ten diabelski uśmiech. - Nie rozumiesz po angielsku?! Mam to przeliterować? Nie chcę cię znać! - krzyczę w końcu całkowicie wyprowadzony z równowagi, pragnąc jedynie złapać za klamkę drzwi i uciec, jednakże drogę zawadza mi jakaś przeszkoda, więc prędko odwracam głowę. Zamieram przerażony. Kai.
Zapewne zorientował się, że wciąż ma na sobie moje ubrania i zechciał wrócić, ale czy spodziewał się wyznania takiego aktu nienawiści?

<Kai?>

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz