niedziela, 20 grudnia 2015

Od Yennefer

Obudziłam się tego dnia wcześniej niż zwykle, bo mój ukochany Kłak uwalił mi się na twarzy. Zrzuciłam więc kotkę i zaczęłam się ogarniać. Przebrałam się w moje zwyczajowe ciuchy (mój wspaniały szef pozwolił mi nosić gotyckie spódnice i gorsety do kawiarnianego uniformu!) - założyłam białą koszulę z wyhaftowanym na piersi imieniem, a na koszulę czarny underbust (wygooglajta se ;p). Na nogi przywdziałam spodnie motocyklowe i takowe buty. Do plecaka kostki ozdobionego mnóstwem naszywek wpakowałam gotycką spódnicę, zakolanówki i creepersy na mega grubej platrofmie. W kawiarni się przebiorę. Uczesałam włosy w dwa warkocze, zrobiłam na powiekach kreski, pociągnęłam usta burgundową szminką i zmieniłam industriala w mym prawym uchu na taki, który przypomina strzałę. Kolczyk w języku pozostawiłam bez zmian - niebieski, świecący w ciemności bioplast. Dałam jeść Queirish, założyłam na ramiona skórzaną kurtkę, wzięłam klucze i wyszłam za drzwi.
Zamknęłam penthouse, zjechałam na dół windą i wyszłam z budynku. Słoneczko świeciło, deszczyk nie padał (jeszcze), było całkiem ciepło, słowem - pięknie. Pomimo tego, że w śmietniku grzebie malowniczo obdarty żulik (co on robi w tej dzielnicy?), dziecko sąsiadów z dołu drze się od świtu, jakby robiło za koguta i pomijając także to, że ktoś właśnie pozuje do zdjęcia na moim motorze. Oczywiście wieczorem nie było już dla mnie miejsca na 'schowanym' parkingu, więc stanęłam w bardziej odsłoniętym miejscu. W ogóle, to karygodne, że nie ma tutaj parkingu podziemnego.
Parka szczyli w wieku gimnazjalnym siadała na moim motorze i robiła sobie zdjęcia. Podeszłam do nich od tyłu i puknęłam jednego z chłopaków w plecy. Obrócił się błyskawicznie, zobaczył mnie, z kaskiem w ręku, i zrobił się blady jak świeżo otynkowana ściana.
-Moglibyście zejść?-spytałam przesadnie miłym głosem. Zeszli, i to szybciutko.-Cieszcie się, bachory, żeście mi niczego nie popsuli, bo bym głowy pourywała i powpinała innymi kabelkami.-warknęłam.
-My... przepraszamy...-zaczęli się tłumaczyć jeden przez drugiego.
-Nie chcę was więcej widzieć przy moim motorze, bo dowiem się, gdzie mieszkacie! Poszli stąd!-krzyknęłam, a obaj chłopacy spylili. Z uśmiechem założyłam kask, wsiadłam i odpaliłam.
***
Dochodziło południe, więc ludzie z okolicznych biurowców wpadali po kawę i croissanty oraz inne słodkie przekąski. Przychodzili eleganccy mężczyźni w garniturach z równie eleganckimi kobietami, które zaprosili na kawę.
Wracałam od jednego ze stolików, kiedy na kogoś wpadłam. Jakiś chłopak. Na mojej białej koszuli, z logo kawiarni wylądowała letnia kawa. Na mej twarzy pojawił się grymas. Niestety, nie mogłam zbesztać klienta, a szkoda. Niech się cieszy, że nie uje.. nie ubrudził mi gorsetu, bo wydrapałabym mu oczy.
-Niech się pan nie martwi, nic się nie stało.-wysyczałam tonem, który ociekał jadem. Nie dałam mu dojść do słowa. Potem zaprezentowałam mu uśmiech typu 'Ciesz się, że nie zginąłeś', odwróciłam się, w biegu przekazałam Ninie, jednej z baristek, by przejęła moje zamówienia (podałam jej mój notatniczek) i weszłam na zaplecze się przebrać. Dzięki wspaniałomyślności szefa, każdy ma tutaj kilka kompletów uniformów, w razie podobnych wypadków. Gdy wyszłam ze zaplecza, gość który oblał mnie kawą stał przy ladzie i rozmawiał z Niną. Ta rzuciła mi wymowne spojrzenie i zwróciła notatnik.
-Czy czegoś pan potrzebuje?-spytałam, już z miłym, profesjonalnym uśmiechem, jednak w moim głosie nadal brzmiała ostra nuta.-Jeśli nie, to przepraszam, ale są też inni klienci.
Ktoś będzie tak łaskawy?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz